Jak nie marnować czasu w komunikacji publicznej

Codzienne dojazdy w obrębie miasta potrafią zabrać naprawdę spory kawałek życia. Dla jednych to tylko około godziny dziennie (1/24 dnia), dla innych nawet 3-4 godziny (już do 1/6 dnia) – tak czy inaczej, to sporo czasu, który generalnie jest marnowany. Pamiętając, że doba ma ograniczoną długość, a czas jest jedynym zasobem, którego nie da się kupić, warto chwilę pokombinować i możliwie zoptymalizować metody poruszania się po mieście. W taki sposób, żeby możliwie skutecznie zredukować przepadające minuty i godziny. Na lepsze wykorzystanie dojazdów i oszczędzenie czasu są dwie podstawowe metody: skracanie przejazdów i wykorzystanie drogi do innych celów, czyli komunikacja szybka i wygodna.

Szybki dojazd

Myśląc o optymalizowaniu przejazdów, pierwsze na myśl przychodzi skracanie czasu samych dojazdów, lepsze ich ułożenie i minimalizacja marnowanego czasu. Tego typu działania są w stanie – przy odrobinie szczęścia i pomyślunku – zapewnić dodatkowe kilka minut do godziny dziennie. Przy szukaniu lepszych dojazdów, warto przede wszystkim spojrzeć na przesiadki – są sytuacje, gdy dojazd z dwiema-trzema przesiadkami będzie znacznie szybszy, niż przejazd bezpośredni. Dobrym przykładem był kilka lat temu przejazd autobusem Marynarską – można było w godzinach szczytu zyskać kilka minut przesiadając się na tramwaj i wsiadając później do autobusu, który jechał wcześniej. Tramwaje nie stoją w korkach. 🙂

Sprawdź też, czy przypadkiem, idąc piechotą kilka minut, nie będziesz miał lepszego lub szybszego dojazdu z innego przystanku – czasem cztery minuty spaceru potrafią oszczędzić kilkanaście minut jazdy. Warto np. przejść jeden przystanek do dużego skrzyżowania, skąd odjeżdża znacznie więcej linii. Podobnie wygląda sprawa z przesiadkami – bywa, że istnieją nieoczywiste sposoby i kierunki przesiadek, które mogą znacznie pomóc w dotarciu do celu.

Jeśli już liczysz czas przejazdu, pamiętaj o doliczeniu czasu dotarcia na przystanek i czekania na pojazd. Mogłoby się wydawać, że autobus jadący 10 minut jest lepszy od jadącego minut 25 – dopóki nie okaże się, że ten pierwszy pojawia się co 30 minut, a ten drugi co 5. W najgorszym przypadku jesteś „w plecy” 10 minut, w najlepszym – zyskujesz 15. To samo dotyczy przesiadek – często lepiej pojechać „dłużej” i bezpośrednio, niż dołożyć nieplanowane 20 minut czekania na przesiadkę. Oczywiście ten punkt możesz zignorować, jeśli zawsze wychodzisz o stałej porze na konkretny kurs, co swoją drogą polecam.

Mając pewną elastyczność w doborze godzin dojazdu, warto celować w największy szczyt komunikacyjny, gdzie przerwy pomiędzy kolejnymi pojazdami są najmniejsze, a czas przejazdu nie odbiega zbyt wiele od przeciętnego (jeśli jedziemy z przesiadkami) lub odwrotnie – gdy czas przejazdu jest najkrótszy, niezależnie od czasu oczekiwania na pojazd (bez przesiadek, wyjście dokładnie „na kurs”).

Wygodna komunikacja

Istnieje sposób, żeby w komunikacji marnować dokładnie 0 minut dziennie. Wcale nie wiąże się on z pracą zdalną. 🙂 Wystarczy że masz zajęcie na czas przejazdu i czekania na kolejne przesiadki, na które musiałbyś normalnie poświęcić czas przed/po dojeździe. W moim przypadku takim dyżurnym zajęciem jest codzienna prasówka i RSSy, w trakcie których czytam wszystko, co pojawiło się w ciągu ostatniego dnia, robię notatki i piszę kolejne posty blogowe. Wtedy nawet dłuższy dojazd nie jest stratą czasu, a przy wyborze trasy komunikacyjnej zwraca się uwagę na inne zalety.

straszny_tlokPo pierwsze, miejsce siedzące. Stojąc ściśniętym między spoconymi tubylcami, trudno zrobić cokolwiek bardziej konstruktywnego, niż słuchanie podcastów, więc siłą rzeczy warto zatroszczyć się o odpowiednią ilość miejsca. Unikaj godzin szczytu i dojazdów na pełną godzinę, podobnie jak najbardziej uczęszczanych odcinków i środków transportu. Chcesz porównanie? Dojedź gdzieś w Warszawie tramwajem na 9:20 lub 9:40 i porównaj to z dojazdem metrem na 9:00. W pierwszym przypadku masz miejsce siedzące, miejsce na plecak i sporo luzu, w drugim – jedziesz w puszce sardynek (wędzonych, w przypadku nowych wagonów metra).

Niezłym sposobem na zorganizowanie sobie miejsca siedzącego jest wykorzystanie faktu istnienia pętli – jeśli wsiadasz do linii zaraz za pętlą i przed pierwszym ważnym punktem przesiadkowym, masz sporą szansę na dużą ilość wolnych miejsc, w końcu pojazd nie miał jeszcze okazji zebrać wielu pasażerów. Dlatego czasem warto poświęcić 5 minut i poczekać na drugą linię, która jeździ bardziej pusta – stracisz 5 minut czekania na autobus/tramwaj, zamiast 30 minut nie mogąc robić nic przydatnego w czasie jazdy. Podobnie można wykorzystać przystanki w punktach przesiadkowych, poruszając się w kierunku przeciwnym do większości społeczeństwa – np. jadąc z centrum na obrzeża rano.

W przypadku posiadania dobrego zajęcia w czasie dojazdu, niezłym pomysłem okazuje się unikanie przesiadek – pozwala to spokojnie zająć się tym, czym akurat chcemy/powinniśmy bez martwienia się o wychodzenie, stanie na deszczu czy śniegu, bieganie na kolejny pojazd. Czytając artykuły i blogi (na co i tak bym poświęcił czas w ciągu dnia) wolałem – na trasie ze Służewca na Sadybę – wybrać jadący wtedy naokoło autobus 107, niż tłoczyć się głównymi szlakami komunikacyjnymi, z dwiema przesiadkami. Wygoda wygrywa w tym przypadku z szybkością.

Inne?

Nie używam komunikacji na tyle często i intensywnie, żeby być w stanie wskazać inne sposoby optymalizacji dojazdów. Zazwyczaj, gdy trafiam w nowe miejsce, z/do którego regularnie jeżdżę, wykorzystuję kilka pierwszych dni na poznanie różnych alternatywnych metod dojazdu, następnie wybieram z nich jedną lub dwie do regularnego stosowania. Kilka dróg uważam za niezbędne z uwagi na okazjonalne remonty i wypadki – warto mieć zawsze plan awaryjny. Jednak dojazdy nigdy nie były na tyle kluczowe, żeby za wszelką cenę optymalizować je do oporu; zawsze wolałem trasy bezpośrednie, poza ścisłym szczytem, na miejscu siedzącym z czytnikiem RSS w ręku. Z tego powodu nie chciałem i nie chcę mieć samochodu – zabiera zwykle tyle samo czasu co komunikacja (lub więcej), a przy okazji uniemożliwia zajęcie się czymś innym w czasie jazdy. 🙂

Jak wyglądają wasze doświadczenia z dobieraniem metody dojazdu? Lepiej szybko czy wygodnie? Może jednak samochód nie jest takim złym pomysłem?

  • Monika

    Przyznam szczerze, że w moim przypadku wybór pomiędzy szybko, a wygodnie dokonuje się sam. Dojazd do mojego najczęstszego miejsca docelowego związany jest z przesiadkami. Zwykle omijam jedną z nich, bo ok. 1,5 przystanku do przejścia pieszo to jeszcze nie tragedia, a dzięki temu można zapewnić sobie odrobinę ruchu.
    O wygodzie kompletnie nie ma mowy, ponieważ samo WEJŚCIE do głównego środka transportu graniczy z cudem…
    Jestem wniebowzięta gdy uda mi się wcisnąć w wylewający się z autobusu tłum.
    Wiadomo… samochód – to wygoda, ale i większe koszta, a i z miejscem do parkowania jest ciężko.
    Wbrew pozorom jazda komunikacją miejską ma swoje plusy. Można wtedy poczytać książkę, znaleźć pośród ludzi inspirację modową i chcąc nie chcąc wysłuchać ciekawych rozmów. Poza tym dzieje się tam wiele innych ciekawych rzeczy, które mogą nam poprawić lub w najgorszym wypadku zepsuć humor : )