Ciemno wszędzie

Kiedy ostatnio widziałeś awarię prądu z prawdziwego zdarzenia? Coś więcej, niż spalony bezpiecznik na klatce schodowej czy dwuminutowa przerwa w środku nocy spowodowana przepięciem kabli w czasie jakiegoś remontu. Właściwie to nie pamiętam, żebym bezpośrednio odczuł dużą awarię kiedykolwiek… do czasu ostatniego czwartku, pamiętnego 7 listopada 2013 roku.

Wyobraź sobie następującą scenerię: wczesny wieczór, już ciemno, wracasz z zakupów do domu i widzisz, że sygnalizacja świetlna nie działa. Nie działa też oświetlenie wzdłuż drogi. Biurowiec obok jest całkowicie ciemny. Blok naprzeciwko również. Do tego na chodnikach znacznie więcej ludzi, niż można by przypuszczać. Postapokaliptyczna sceneria wita. 😉 Godzina bez prądu świetnie zademonstrowała, jak bezradni i zagubieni są ludzie w czasie tak prostego i przewidywalnego problemu jak chwilowy brak zasilania.

Najpierw musiałem poratować sąsiadów, którzy nie byli w stanie dostać się na klatkę schodową. W końcu jak jest domofon otwierający zamek kodem lub za pomocą breloka, po co nosić klucz? Prąd padł i nagle jeden niepozorny kluczyk uratował kilka osób przed zmarznięciem. Na szczęście było dość ciepło, wyobrażam sobie taką awarię w czasie solidnej śnieżycy, czy nagłej letniej burzy, kiedy nikt nie jest przygotowany na kwadrans bez dachu.

Kręcąc się po osiedlu (powrót do domu, wycieczka do sklepu) widać było w oknach migoczące świeczki. Nie miałem okazji sprawdzić, jak dużo pożarów z tego powodu trzeba było gasić, ale przypuszczam, że było ich sporo więcej, niż zwykle. Ludzie nie umieją obchodzić się ze świeczkami, a znalezienie mieszkania z latarką już chyba graniczy z cudem. Poważnie? Można nie mieć w domu latarki? Jeśli nie masz przynajmniej dwóch (bo co się stanie, jak jedna padnie?), zamawiaj, ale to już! Jedną, całkiem niezłą, jest zwykle telefon (iPhone spisał się na medal), jednak przydaje się i druga, nie wymagająca użycia rąk. Od pewnego czasu mam diodową latarkę zakładaną na głowę, kupioną z myślą o wyjazdach pod namiot – spisała się świetnie i w czwartek, dzięki czemu mogłem w miarę normalnie rozpakować się i wyjść znowu.

Nowy poziom paniki i chaosu pojawia się, gdy padnie oświetlenie uliczne. Padło oświetlenie przejścia podziemnego przy skrzyżowaniu Młynarskiej i Wolskiej – zgadnijcie, jak dużo widzieli ludzie bez źródeł światła? Miny i rozmowy ludzi tylko utwierdzały w przekonaniu, że praktycznie nikt nie jest przygotowany na sytuacje niestandardowe. Już nie chcę pisać o rzeczywistych katastrofach lub wypadkach, najzwyklejsze usterki potrafią sprawić, że ludzie kompletnie nie potrafią się dostosować. Ciąg dalszy mieliśmy w piątek, gdy były problemy z kartami PKO BP i ludzie zostali odcięci od wszystkich swoich środków. Trzymanie kilku złotych w gotówce to dobry pomysł, zaufajcie poszkodowanym przez awarię.

Kto by pomyślał, byle awaria, a staje się niezłą podstawą do spojrzenia na nieprzygotowanie i brak umiejętności adaptacji w społeczeństwie. Krzysiu Gonciarz (wideobloger taki) ostatnio spędził dobę bez prądu, niech jego post podsumuje moją opinię na temat braku prądu na Woli. Też z 7 listopada. 🙂

Taki kejs