Wycieczka na Czerwoną Planetę

Wycieczka na Czerwoną Planetę

Jednym z moich największych marzeń jest zobaczenie – jeszcze za mojego życia – człowieka lądującego na Marsie. Marzenie, które ma spore szanse się nie zrealizować, a do tego nie mam praktycznie żadnego wpływu na szansę powodzenia. Bo kto niby powiedział, że marzenia mają być przyziemne? Jestem stanowczo za młody, żeby pamiętać misje Apollo (moi rodzice byli dziećmi, gdy Armstrong skakał po Księżycu), a od tego czasu niewiele się w temacie załogowych wypraw poza atmosferę ruszyło – jako że od dziecka byłem zainteresowany astronautyką i podobnymi tematami, chciałem (nadal chcę) zobaczyć coś nowego, wyjątkowego.

Początek moich zainteresowań załogową wyprawą na Marsa i związany z tym okres absolutnego no-life (w podręcznikach z kalkulatorem po 18 godzin na dobę, przez kilka tygodni – wtedy nie miałem jeszcze komputera, a Internet w Polsce był pod 0202122 na kartki) przypada na wyszperaną w lokalnej bibliotece książkę „Czas Marsa” Roberta Zubrina (Amazon, iBooks). Autor barwnie, acz bez pomijania technicznych szczegółów opisuje zarys planu wysłania kilkuosobowej załogi na Czerwoną Planetę z maksymalnym wykorzystaniem dostępnych tam zasobów celem ograniczenia złożoności misji i ograniczenia kosztów wyprawy.

Mars Direct

roverZałożenia projektu są dość proste. Pierwszy etap to wysłanie na Marsa pojazdu, którym ekipa wróci na Ziemię po zakończeniu misji. Pojazd nie zabiera ze sobą paliwa potrzebnego na powrót, wiezie tylko trochę wodoru, z którego wyprodukowana zostanie mieszanka metan-tlen, mająca zasilić silnik rakiety. Wodór + marsjańskie powietrze (głównie dwutlenek węgla) + sporo energii = metan + tlen. Pojazd powrotny (Earth Return Vehicle – ERV) zabiera też reaktor jądrowy służący do produkcji potrzebnej w procesie pozyskiwania paliwa energii. Produkcja paliwa zajmie kilka miesięcy, w tym czasie przygotowywana jest misja załogowa.

Gdy NASA potwierdzi gotowość statku powrotnego, załoga (4-6 astronautów) wyrusza na Marsa w module, który posłuży im za statek kosmiczny w czasie lotu tam, oraz za bazę na miejscu (Hab). W tym samym czasie wysyłany jest kolejny ERV, lądujący docelowo kilkaset km od pierwszej bazy, do produkcji paliwa dla drugiej misji. Po lądowaniu załoga spędza kilkanaście miesięcy na powierzchni Marsa, badając co tylko się da, następnie wsiada w ERV i odlatuje na Ziemię. Pomysł jest tak prosty i oczywisty, że NASA (po kilku zmianach ze swojej strony) podchwyciła większą część koncepcji i po lekkich modyfikacjach (przede wszystkim – skróceniu czasu pobytu i poszerzeniu załogi do 6 osób) traktuje jako bazę planów pierwszej załogowej wyprawy międzyplanetarnej.

Marsjanin

Marsjanin_okladkaZagadnienie wyprawy załogowej na Marsa przypomniało mi pojawienie się książki „Marsjanin” (Andy Weir – Amazon, iBooks). Najkrócej można podsumować książkę jako Robinsona Cruzoe 225 milionów kilometrów dalej w ramach zmodyfikowanej misji Mars Direct, świetnie napisanego i przygotowanego w oparciu o współczesną autorowi (rok 2011) wiedzę na temat Marsa i możliwości załogowych wypraw kosmicznych. Książka pisana jest z punktu widzenia Marka Watneya (główny bohater, botanik, mechanik i jedyny człowiek na Marsie), reszty załogi w statku wracającym na Ziemię i Ziemię, głównie widzianą przez pryzmat NASA.

Powieść zaczyna się mocno: szóstego dnia misji, w czasie ewakuacji z powodu silnej burzy piaskowej, Mark zostaje raniony urwaną z Haba anteną komunikacyjną, uznany za martwego i zostawiony przez resztę załogi, oddalającej się z planety w zorganizowanym pośpiechu. Po odzyskaniu przytomności odkrywa, że został sam, nie ma komunikacji z kimkolwiek (antena) i zostało mu zapasów na około 300 dni. Do tego nikt nie wie, że przeżył. Dalej… nie będę wam psuł zabawy, przeczytajcie, serdecznie polecam. Jako, że to powieść, nie jest przeładowana wzorami i obliczeniami (obliczenia pojawiają się właściwie tylko jako wyniki, do tego momentami są mocno uproszczone), strawna dla każdego, kto lubi książki survivalowe, katastroficzne, twarde sci-fi i podobne. Wspomnę tylko, że jest kilka stylów narracji w zależności od miejsca akcji i wydarzeń, a dominującym jest dziennik prowadzony przez Watneya (zapisy i nagrania głosu).

Śmiało można brać się za polskie tłumaczenie – jest solidne, bez uderzających błędów i dziwnych odmian/interpretacji często fachowego słownictwa. Większość skrótów i nazw własnych jest pozostawiona w oryginalnej formie, więc ktokolwiek zainteresowany NASA, astronautyką, astronomią lub podobnymi zagadnieniami nie powinien mieć problemów z połapaniem się od razu o co w tym wszystkim chodzi. Dla osób niezainteresowanych są przypisy, kilkanaście na książkę, jednak w zupełności wystarczające do zrozumienia treści i kontekstu.

Kerbal Space Program

Jakby tego było mało, pół roku temu (to tłumaczy brak postów od dawna, co nie?) złapałem na promocji Early Access gry Kerbal Space Program. Gra – symulator programu kosmicznego. Czyli: budujesz własne statki do badania kosmosu (z gotowych części), wysyłasz je w kosmos, przeprowadzasz badania, wysyłasz Kerbale (małe stworki, które pełnią funkcję naukowców, mechaników, astronautów itd.) na księżyce i planety, słowem – jesteś NASA. Gra do tego ma dość realistycznie oddane prawa fizyki związane z lotami kosmicznymi, właściwą skalę czasu, uwzględnia przyspieszenie, bezwładność, obroty, grawitację i setki innych czynników. Ba, sterowanie rakietą nie sprowadza się do prostego WSAD – trzeba ostrożnie obracać pojazd, sterować ciągiem i uwzględniać, jak nasze manewry wpłyną na kształt orbity, na której jesteśmy. Orbita to podstawowy sposób poruszania się w przestrzeni i KSP całkowicie to zachowuje. Biorąc pod uwagę dostępne w Sieci materiały z zakresu fizyki dotyczące zasad fizycznych związanych ze zmianą aktualnej orbity, gra wiernie odwzorowuje rzeczywistość, a uproszczenia są niewielkie.

ksp_1Dosłownie kilka dni temu gra weszła w fazę beta i dostała tryb kariery (coś pomiędzy grą ekonomiczną, symulatorem i Sim City nałożone na dotychczasową sandboksową mechanikę), w którym można/trzeba też rozwijać technologię, szkolić astronautów, zbierać fundusze i przedstawiać wyniki badań celem uzyskania dalszego finansowania naszego programu. Czyli: do trudnej gry dołożono drugą, inną, równie trudną grę i te dwie gry wpływają na siebie wzajemnie. Taki model rozgrywki lubię.

Bawcie się dobrze, przeczytajcie „Marsjanina”, jeśli wam się spodoba – sięgnijcie po „Czas Marsa”, a ja wracam na orbitę. Kerbals, fly me to the Mun!